Liczy się wiara w siebie.

April 19, 2016

Stephen Curry jest obecnie jednym z najbardziej uwielbianych i docenianych koszykarzy na świecie. Jeśli jednak myślicie, że było tak zawsze, a jego życie z racji bycia synem niezłego koszykarza, było usłane różami, jesteście w dużym błędzie.

 

Urodzony w 1998 roku w Ohio, Steph dorastał w Charlotte w Północnej Karolinie, gdzie grał wtedy w koszykówkę jego ojciec, Dell. Curry junior uczył się gry dorastając wśród zawodowych koszykarzy, kiedy towarzyszył tacie w treningach zespołu. Podczas wyjazdów nad sumienną praca syna czuwała z kolei mama, która sam grała w siatkówkę.

 

Steph trafił do Charlotte Christian School, gdzie zaczął odkrywać swój talent przed światem koszykówki. Pomimo jednak świetnej gry na tym etapie sportowej kariery, trenerzy największych drużyn uniwersyteckich nie stali w kolejce po jego usługi i wtedy po raz pierwszy poddano w wątpliwość potencjał jakim dysponuje.

Z braku ofert z poważnych uniwersytetów, Curry trafił do małej, ale za to znajdującej się niedaleko domu, uczelni Davidson.

 

Być może był zawiedziony, być może zły i sfrustrowany, ale też dobrze wiedział co potrafi i co musi robić, by nadal się rozwijać.

 

Zdecydował się na małą uczelnię, co pozbawiało go raczej szans na święcenie wielkich sukcesów zespołowych, ale z drugiej strony dawało możliwości rozwoju indywidualnego. I Curry postanowił z tego korzystać, ciężko pracując, a w czasie gry pokazując że jest coraz lepszy.

Pierwszy sezon zakończył jak najlepszy debiutant Konferencji Południowej, a w drugi był jeszcze lepszy i skończył go jako najlepszy strzelec w kraju (średnia 28.6 punktu na mecz), a jego zespół znalazł się w najlepszej ósemce w Stanach ulegając w meczu o awans do Final Four faworyzowanym zawodnikom Kansas zaledwie dwoma punktami.

 

Jeśli myślicie, że te świetne wyniki zmieniły podejście do zawodnika, to ponownie się mylicie. Wciąż było bowiem wielu fachowców kwestionujących jego talent i przydatność do ligi NBA.

 

Zbyt słaby fizycznie. Zbyt jednowymiarowy. Ani rozgrywający ani rzucający. To tylko kilka z głośno wypowiadanych wątpliwości.

 

Curry przystąpił mimo to do draftu. Wiedział, że w NCAA zrobił wszystko co mógł i przyszedł czas na kolejny krok w karierze.

 

Draft 2009 roku rozpoczął się od wyboru LA Clippers, którzy zdecydowali się na Blake'a Griffina, co było zrozumiałe. Z dwójką Memphis Grizzlies pozyskali Hasheema Thabeet'a (!), który obok imponującego wzrostu nie posiadał nic co by sprawiało, że został wybrany tak wysoko. Dalej, Thunder wybierają Jamesa Hardena, Sacramento Tyreke'a Evansa, a Waszyngton Ricky'ego Rubio, który trafia ostatecznie do Minnesoty. Ta sama Minnesota wybierała z numerem 6 i zdecydowała się na ... Jonny Flynna (!). Czy ktoś z Was wie kto to jest Jonny Flynn?

 

Ta sytuacja świetnie pokazywała jak wiele wątpliwości było wśród generalnych menadżerów, bazujących na opiniach skautów, jeśli chodzi o potencjał bohatera naszej notki.

 

Golden State Warriors z numerem 7 nie zmarnowali jednak okazji. Zobaczyli coś, czego nie widzieli inni przed nimi i z radością wybrali Stepha do swojego zespołu.

I Curry postanowił, że w lidze NBA, podobnie jak wcześniej robił to w Charlotte Christian School, a później w Davidson swoją grą przekonaa niedowiarków, że potrafi wiele i nie zawaha się by to wykorzystać.

 

Jak postanowił tak zrobił. Nie sposób, by średnie debiutanta na poziomie 17.5 punktu (46% z gry, 44% za trzy, 89% z linii osobistych), a do tego 4.5 zbiórki, 5.9 asysty i 1.9 przechwytu nie zrobiło wrażenia.

 

Głosy krytyki ucichły, ale sceptycy mieli jeszcze swoje pięć minut w chwili, gdy zawodnik zaczął mieć chroniczne problemy z kostkami. Częste urazy, które spowodowały, że w swoim trzecim sezonie, Curry rozegrał ledwie 26 spotkań miały potwierdzać wątpliwości co do mikrej postury zawodnika, która miała stwarzać mu problemy ze zdrowiem, a potwierdzać wątpliwości znawców podczas rekrutacji do gry w NCAA, czy później podczas draftu NBA. Po raz kolejny byli jednak w błędzie.

 

Od sezonu 2012/2013, Curry nie opuścił więcej niż 4 spotkań w sezonie, w minionych rozgrywkach zdobywając swój pierwszy pierścień, a w obecnych pobijając indywidualny rekord celnych rzutów za trzy punkty (402!) oraz drużynowy, kiedy to stojąc na czele szalejących Warriors wygrał 73 z 82 meczów sezonu zasadniczego, pobijając rekord wczechczasów należący dotąd do Chicago Bulls z sezonu 1995/1996!

 

Dzisiaj sceptyków nie słychać. Są jeszcze malkontenci, ale Ci będą zawsze gdy osiągasz coś niemożliwego. Steph to osiągnął, a ma dopiero 28 lat i dużo gry przed sobą.

 

Historia jednego z najlepszych graczy na świecie, doskonale pokazuje jak bardzo ważna jest wiara w siebie. Jak ważna jest wiara najbliższego otoczenia. Pokazuje jak bardzo musicie być zdeterminowani, konsekwentni i jednocześnie obojętni na słowa wątpliwości ludzi z zewnątrz, chcąc osiągnąć sukces.

Pracujcie, bo nikt nie da Wam niczego za darmo. Nawet Curry musiał ciężko zapracować na to co ma już, a teraz pracuje jeszcze ciężej by to co już ma, jak najdłużej utrzymać.

 

 

 

Tags:

Please reload

Copyright by MLG 2012. All rights reserved