Wzrost to nie problem.

April 19, 2016

Wyobraźcie sobie, że zakochaliście się od pierwszego wejrzenia w dyscyplinie, która z pozoru nie jest przeznaczona dla was. Dyscyplinie, w której trenerzy widzą cię wyłącznie na jednej pozycji (jeśli już), a na tej rywalizują ludzie o głowę od ciebie wyżsi. Jesteś sprawny, zwinny, sumienny, ale masz niespełna 180 centymetrów wzrostu, a fachowcy nie dają ci wielu szans w sporcie, który jak twierdzą jest grą wysokich.

 

I teraz odpowiedzcie sobie na pytanie, co z tym zrobicie?

 

Wielu na pewno się podda. Wyjdzie z założenia, że skoro robi wszystko, a znawcy i tak nie dają im wielu szans, nie ma sensu tego ciągnąć. Inni obniżą swoje starania. Ta grupa łatwo dość łatwo pozbędzie się miłości do koszykówki, a później będą cierpieć, bo pozwolili by ktoś inny ukradł im marzenia.

Na szczęście jest mnóstwo zawodników, którzy nic sobie nie robią z głosów krytyków. Pracują dalej zgodnie z wytyczonymi sobie wysokimi standardami i czekają na swoją szansę.
 

Tak jak Isiah Thomas, bohater naszej notki.

 

Ojciec Thomasa, James dał mu na imię Isiah, po jednym z najlepszych rozgrywających ligi NBA, który w latach świetności stał na czele mistrzowskiej drużyny Detroit Pistons. Nie dlatego, że tak bardzo cenił rozgrywającego Tłoków, ale dlatego że przegrał koleżeński zakład dotyczący jednego z meczów ekipy z Motor City przeciwko Lakersom.

 

Tak, czy inaczej, chłopakowi oprócz mikrego wzrostu, ciążyło także imię i nazwisko, które było przedmiotem wielu docinków kolegów. Musiał z tym żyć. Ciężko pracował. Kochał koszykówkę i nie wyobrażał sobie, że nie może w nią grać na wysokim poziomie.

 

Do szkoły (Curtis High School) wybrał się niedaleko Tacomy, skąd został przeniesiony do South Kent. Szło mu świetnie. Był łowcą punktów. Średnio zdobywał ich w każdym meczu ponad 28, a do tego notował średnio ponad 6 asyst bijąc przy okazji wiele rekordów indywidualnych szkoły.

Kiedy, po udanej przygodzie na szkolnych parkietach, przyszedł czas na wybór uniwersytetu, Thomas nie doczekał się niestety zapytań ze strony dużych uczelni i zdecydował się ostatecznie na Washington. Chciał grać i mieć zielone światło od trenera w grze ofensywnej. Pozwolono mu na to, a Isiah odpłacił się w trakcie trzech sezonów spędzonych na uczelni, osiągając najlepsze wyniki w zespole w kategoriach punktów, asyst i przechwytów. Był jednym z dziesięciu finalistów wyścigu po prestiżową nagrodę Cousy’ego. Po drodze został też najwartościowszym graczem turnieju Pac-10. W marcu 2011 roku, po rozegraniu 105 spotkań w NCAA, gdzie zdobywał średnio 16.4 punktu, zdecydował się na przystąpienie do draftu do NBA.

 

Draft NBA jest niesamowitą dawką emocji dla młodych sportowców. Z jednej strony liczysz na wybór, na to że ktoś zaufa ci i postanowi dać szansę. W miarę kolejnych dokonanych już wyborów, kiedy wciąż nie słyszysz swojego nazwiska w głowie zaczynają się kłębić różne myśli. Czy dobrze zrobiłeś nie zostając dłużej na uczelni? Czy jest jeszcze szansa na dostanie się do ligi? Przed Thomasem wybrano 59 zawodników, a do ligi mógł trafić już tylko jeden, który jako ostatni dostąpi tego zaszczytu. O losie decydowali nieobliczalni Sacramento Kings. Stern wypowiedział w końcu imię i nazwisko naszego bohatera, który mógł z jednej strony odetchnąć z ulgą, a z drugiej poczuć, że pomimo wszystkich osiągnięć w szkole i na uczelni jest wciąż bardzo niedoceniany.

 

Teraz nie pozostało jednak nic innego jak dalsza walka o swoje. Jeszcze cięższy trening, jeszcze większe poświęcenie. Nauka nowego stylu życia, przystosowanie się do wysokich wymogów jakie stawia przed każdym zawodnikiem zawodowa liga.

 

W Sacramento został na trzy lata i nie można powiedzieć, że szło mu źle. Od średnio 11 punktów na mecz w debiutanckim sezonie do ponad 20 w trzecim. Do tego średnie 6 asyst, 3 zbiórek i ponad jednego przechwytu, przy 45% skuteczności rzutów z gry i 85% z linii rzutów wolnych. Wydawało się, że Kings znaleźli swojego rozgrywającego, a Thomas swój dom.

 

Niestety, 12 lipca 2014 roku Sacramento zdecydowało się na wytransferowanie swojego rozgrywającego, który był wtedy zastrzeżonym wolnym agentem. Nie zdecydowano się na nagrodzenie zawodnika kontraktem, a nowym domem Thomasa stało się Phoenix. Czteroletnia umowa na 28 milionów dolarów wydawała się doceniać zawodnika, który sam powiedział, że jest szczęśliwy z powodu bycia komuś potrzebnym. Wszystko wyglądało świetnie, ale po 46 meczach sezonu zasadniczego, organizacja Phoenix Suns podjęła (w obliczu posiadania dwóch innych solidnych graczy obwodowych) decyzję o … oddaniu Thomasa do Bostonu.

 

To była trudna sytuacja dla zawodnika. Pół roku temu czuł się wreszcie potrzebny. Notował świetne statystyki, a mimo to postanowiono się go ponownie pozbyć.

Wtedy jeszcze tego nie wiedział, ale dalsze zdarzenia dowiodły jednak, że lata cierpienia zostały nagrodzone. Celtics nie wykonują nieprzemyślanych ruchów.

 

Pozyskując Thomasa widzieli w nim swojego przyszłego, kluczowego zawodnika. Miasto Boston i Thomas tworzą idealną parę i wspólnie czerpią garściami z tego związku.

 

Isiah Thomas z wybranego z ostatnim numerem w drafcie 2011 zawodnika, oddawanego za bezcen z Sacramento, a później z Phoenix, w 2016 roku jako Celt, dostąpił zaszczytu gry w Meczu Gwiazd!

 

W Bostonie ma silną pozycję i odpłaca się świetną grą. Wystarczyło, że ktoś zaufał jego nieprzeciętnym umiejętnościom nie patrząc w pozycję ‘wzrost’. Nie byłoby jednak dzisiejszej euforii i emocjonalnych wpisów naszego bohatera w Players Tribune, gdyby nie jego niesamowity charakter.

Zawziętość i konsekwencja w dążeniu do założonych celów pozwalają nam dzisiaj cieszyć oko grą tego kieszonkowego gracza. Bez tych cech charakteru nie byłoby dzisiejszej historii, a jedynym znanym nam Isiahą Thomasem byłby ten z legendarnych Detroit Pistons.

 

 

Tags:

Please reload

Copyright by MLG 2012. All rights reserved