Bohaterowie drugiego(?) planu.

May 3, 2017

Nie sądzę, aby był dzisiaj kibic NBA, który nie szanowałby Boston Celtics. Genialne miasto, świetni kibice. Klub z duszą, w którym gra to zaszczyt. I nie mam tutaj na myśli tych wszystkich siedemnastu tytułów mistrzowskich, ale kulturę tej niesamowitej organizacji, która pochłania bez reszty. Chyba najlepiej dlaczego jego ukochanym klubem jest Boston Celtics ujął to kiedyś Jeremiasz Pieczonka:

 

"Boston Celtics, bo zespól musi mieć ducha i charakter, a u nich go znajduje. Od koniczynki zaczynając - stare, niezmienione przez lata logo. Bez fajerwerków, a dla mnie idealne. Poprzez pomysł na zespół - to Celci zaczęli zespoły z wielką trójką transferując do siebie Garnetta i Allena, a teraz kopiują ich pomysły jakieś Cleveland czy inne Miami. Mają najmłodszego trenera w lidze i grają trochę jak zespół akademicki - bez wielkich gwiazd, z zespołową koszykówką. Kończąc na Boston Garden z najładniejszym parkietem w całym NBA i choć nie byłem tam (jeszcze) to jestem pewien ze ta hala musi charakterystycznie pachnieć koszykówka kojarząc się kibicom z magicznymi chwilami."

 

Nie o Celtics jednak, a o jednym z ich graczy chcemy Wam dzisiaj opowiedzieć. Nieco ponad rok temu przytoczyliśmy historię innego gracza Celtics - Isaiah Thomasa, który z gracza bardzo niedocenianego stał się (już chyba można a tak mówić) ikoną Celtics.

 

Dzisiaj o zawodniku, który stoi nieco w cieniu swojego kolegi obok którego występuje na obwodzie drużyny z Bostonu, ale jest bardzo ceniony przez trenerów i kolegów z zespołu. Na pewno każdy z Was, kto gra lub grał w koszykówkę miał obok siebie zawodnika, który nie zdobywał wcale najwięcej punktów w drużynie, a jednak przebywał bardzo długo na parkiecie. Chyba nie będę zgadywał, jak napiszę że był on pewnie bardzo pracowitym, dobrze broniącym i potrafiącym poświęcić się dla zespołu robiąc te wszystkie niewidoczne, ale niezwykle ważne rzeczy na boisku. Za to cenił go trener i dlatego Wasz kolega spędzał na boisku dużo czasu, podczas gdy teoretycznie bardziej utalentowani zawodnicy wciąż siedzieli na ławce rezerwowych.

 

Opisując te wszystkie cechy uwielbianych przez trenerów zawodników, mam przed oczami Avery Bradley'a. 

 

Ten 27-letni dzisiaj gracz, który w 2009 roku notowany był jako jeden z najlepszych graczy (klasy 2009) w kraju, trafił na parkiety uczelni Texas Longhorns. Nie był wybitnym strzelcem. Co prawda zdobywał w swoim debiutanckim sezonie 11.6 punktu na mecz, ale robił to na niezbyt wysokiej skuteczności rzutów z gry (43%) i bardzo niskiej z linii rzutów wolnych (55%). Pomimo tych nie najlepszych statystyk w zakresie rzutu, grał na pozycji ... rzucającego obrońcy. Na parkiecie spędzał średnio 30 minut. Jeśli zadajecie sobie pytanie dlaczego aż tyle, zerknijcie dwa akapity wyżej.

Tak, robił te wszystkie małe rzeczy z dużym poświęceniem i rewelacyjnie bronił. Tak rewelacyjnie, że znalazł się wśród najlepszych obrońców w kraju.  

 

Po roku gry na uczelni zdecydował się przystąpić do draftu i spróbować swoich sił w NBA. Z niezbyt wysokim numerem (19.) wybrali go Boston Celtics. 

 

To, że gra w tym wymagającym zespole do dzisiaj jest najlepszą rekomendacją. Jednak po kolei, bo jego droga wcale nie była usłana różami.

 

Przygody z Bostonem, Bradley nie zaczął najlepiej, bo od operacji kostki która uniemożliwiła mu grę w lidze letniej. Przez pierwsze kilkanaście meczów nasz dzisiejszy bohater nie wstał z ławki rezerwowych, a po niespełna trzech miesiącach w Celtics odesłany został do NBA Development League do zespołu Maine Red Claws. Po kontuzji jednego z graczy C's, Avery Bradley wrócił na ławkę NBA, ale do końca sezonu zasadniczego rozegrał zaledwie trzy spotkania, w których przebywał dziesięć i więcej minut na parkiecie. 

 

W głowie zawodnika buzowało. Zastanawiał się czy dobrze zrobił opuszczając uczelnię po zaledwie roku. Czy aby na pewno jego etyka pracy i wysokie umiejętności defensywne wystarczą na utrzymanie się w lidze. Taki stan nie trwał jednak długo. Bradley jak zawsze ciężko trenował nad swoim rozwojem i czekał na to co przyniesie przyszłość.

 

Sezon 2011/2012 to lockout w lidze NBA, który sprawił że start rozgrywek miał się mocno opóźnić. Bradley nienawidził nudy i jak nigdy marzył o tym by grać. Tak bardzo, że podpisał umowę z izraelskim zespołem Hapoel Jerusalem. Jego przygoda nie trwała tam jednak długo, bo rozmowy w NBA nabierały rozpędu i Avery musiał wracać za ocean. I wreszcie uśmiechnęło się do niego szczęście. Wynikało z nieszczęścia (kontuzji) innego zawodnika Celtics - Raya Allena, ale pozwoliło pokazać się Bradley'owi. Zdarzały się mecze, jak ten z Atlantą kiedy udało mu się zdobyć 28 punktów, ale ceniony zaczął być przede wszystkim za poświęcenie i grę w obronie. Ponownie. Kiedy wszystko szło w dobrym kierunku, zawodnikowi przytrafiła się kontuzja barku, która przedwcześnie zakończyła jego sezon.

 

Po dwóch pierwszych sezonach, w których Bradley miał wzloty i upadki Celtics dostrzegli w nim jednak coś, co sprawiło że widzieli go w swoich szeregach przez przynajmniej dwa kolejne sezony i o tyle też przedłużając jego debiutancki kontrakt z zespołem.

 

Bradley nadal walczył ze skutkami kontuzji barku, opuszczając pierwsze dwa miesiące rozgrywek sezonu 2012/2013. Po powrocie wywalczył sobie pozycję w pierwszej piątce drużyny i w trakcie sezonu błyszczał na bronionej połowie, ale dużym zawodem była gra ofensywna, gdzie drogę do kosza znajdowało zaledwie 40% jego rzutów. 

 

Sezon 2013/2014 był kluczowym dla Bradley'a ze względu na kończący się kontrakt, ale i przebudowę jaka trwała w Bostonie. W jej wyniku, Danny Ainge zarządzający zespołem zdecydował się na arcytrudny ruch oddając dwie ikony zespołu, które były głównymi architektami ostatnich sukcesów Celtów. Kevin Garnett i Paul Pierce opuścili klub. Jak się później okazało to było mistrzowskie posunięcie, dzięki któremu drużyna z Bostonu w kolejnych latach cieszyła się z wysokich wyborów draftowych łagodzących nieco rozstanie z tak ważnymi zawodnikami. Na moment tamtej decyzji jednak, Ainge stawał sam przeciwko wszystkim kochającym Celtics.  Na domiar złego, władze klubu nie zdecydowały się na podpisanie nowej umowy z Bradley'em przed startem sezonu sprawiając, że miał on stać się zastrzeżonym wolnym agentem po jego zakończeniu. To sprawiało, że Bradley nie wiedział czy klub w niego wystarczająco wierzy. 

 

Robił jednak dalej to co najlepiej potrafił. Ciężko pracował. Chciał, aby wszystko co będzie miał w przyszłości, było wynikiem jego determinacji. 

 

Początek sezonu nie był udany. Trener Brad Stevens próbował wykorzystać Bradleya na pozycji rozgrywającego, ale ten eksperyment się nie powiódł i Avery szybko wrócił do gry jako rzucający obrońca. I zaczął grać świetnie. W każdym miesiącu rozgrywek jego średnia zdobywanych punktów i skuteczność rzutowa rosły. Kontuzja kostki wykluczyła go później z gry na dwa miesiące, ale po powrocie nie stracił niczego ze swoich atutów. Pomimo niezadowalającego wyniku zespołu, to Bradley był jego najjaśniejszym punktem.

 

Dobra gra zaowocowała udanym latem, podczas którego Boston podpisał z nim nową, czteroletnią umowę wartą 32 miliony dolarów. Bradley został doceniony. I to zmotywowało go (co trudno sobie wyobrazić obserwując jego wcześniejsze poświęcenie) jeszcze bardziej. Gra defensywna to był nadal jego znak rozpoznawczy, ale wszystkich zadziwiał jego postęp w grze ofensywnej. W lutym 2015 roku wszyscy przecierali oczy ze zdumienia kiedy Bradley zdobywał średnio ponad 18 punktów na mecz przy 47% skuteczności z gry.

 

W sezonie 2015/2016 zawodnik stabilizował swoją pozycję. Grał dużo i pewnie, w czym nie przeszkadzała mu nawet rola gracza wychodzącego z ławki. Sezon zakończył jako drugi strzelec z zespołu, tuż za swoim kolegą, z którym w 2004 grał w Amateur Athletic Union - Isaiah Thomasem.

 

W obecnym sezonie nikt nie wyobraża sobie już chyba obwodu Celtics bez Avery Bradley'a, który w 2016 roku został bardzo doceniony za swoją grę znajdując swoje nazwisko wśród najlepszej piątki obrońców całej ligi NBA.

 

Zapytacie, co z jego grą ofensywną.

 

Cóż, zdobywa właśnie swoje rekordowe 16.3 punktu rzucając ze skutecznością ponad 46% z gry, trafiając średnio dwie trójki na mecz przy 40% skuteczności. Te cyfry, patrząc przez pryzmat wcześniejszych problemów z grą w ataku, robią wrażenie. Jak dodamy do tego genialną grę na bronionej połowie, jawi nam się obraz gracza bez którego dzisiejsze sukcesy Celtics nie byłyby możliwe.

 

I w Bostonie o tym dobrze wiedzą, bez względu na to kto aktualnie jest największą gwiazdą drużyny.

   

 

 

Tags:

Please reload

Copyright by MLG 2012. All rights reserved