Mecze, których nie zapominasz.

October 22, 2018

 

Każdy trener żyje meczami swojej drużyny. Grasz ich dziesiątki, setki, nieraz tysiące. Teoretycznie, tych o których pamiętasz jest wiele, ale zawsze masz takie które pamiętasz w sposób szczególny.

 

229. Tyloma meczami ligowymi przez dziewięć lat pracy w roli trenera dzieci i młodzieży miałem okazję i przyjemność się pasjonować. Każdy z nich miał swoją historię. Było wiele momentów, o których pamiętam.

 

Zaczęliśmy od ważnych potyczek z Nurtem Godziszewo w kategorii U13 z chłopakami z rocznika 1997. Od tych meczów zależało czy to ja czy trener Jacek Miecznikowski będziemy prowadzić połączony zespół tych dwóch drużyn w kategorii U14. Z rywalizacji wyszliśmy z moimi zawodnikami obronną ręką. Rok później cieszyliśmy się ze srebrnych medali na Pomorzu i stoczyliśmy dwa mecze–horrory podczas finału strefy decydującym o rozstawieniu po awansie do rozgrywek krajowych. Pierwszy mecz z faworyzowanymi koszykarzami Czarnych Słupsk wygraliśmy tylko i aż dwoma punktami, a finał z gospodarzami z Kwidzyna różnicą czterech. Zdobyliśmy mistrzostwo strefy Pomorze–Warmia i Mazury co dało nam z kolei przepustkę do rywalizacji z Jagiellonką Warszawa i Turowem Zgorzelec w ćwierćfinałach mistrzostw Polski oraz z WKK Wrocław i TKM Włocławek w półfinałach. Te wszystkie mecze były ważne. Dawały poczucie tworzenia czegoś fajnego. Byliśmy grupą ludzi pracujących ze sobą i niejako skazanych na siebie. To z kolei napędzało nas do kolejnych zwycięstw i mistrzostwa Pomorza w kategorii U15.

 

W kolejnych rozgrywkach (kategoria U16), po roszadach w składzie stoczyliśmy dwa pasjonujące boje z GTK Gdynia, w barwach którego brylował Marcel Ponitka, a nasze spotkania obserwował Tomasz Jankowski (kiedyś świetny zawodnik, dzisiaj komentator meczów PLK w Polsacie Sport, którego syn grał wtedy w klubie z Gdyni). Ulegliśmy odpowiednio różnicą pięciu i sześciu punktów, ale to były rewelacyjne mecze, które często wspominam.

 

W międzyczasie, w pracy z rocznikiem 1996 zagraliśmy pamiętny pojedynek z SKS Starogard Gdański, w którym w beznadziejnej sytuacji doprowadziliśmy równo z syreną do dogrywki po zaplanowanej dobitce specjalnie chybionego rzutu wolnego. Wcześniej z zespołem chłopaków z tego rocznika stoczyliśmy zażarty bój z GTK Gdynia, wtedy aktualnym jeszcze mistrzem Polski.

 

Takich spotkań, w których działo się coś wyjątkowego było jeszcze co najmniej kilka, a myślę że nawet kilkanaście.

 

Nic jednak nie równa się z meczami stoczonymi z faworyzowanym Treflem Sopot (wtedy z Michałem i Łukaszem Kolendami oraz Damianem Ciesielskim w składzie) w kategorii U18, podczas mojego ostatniego roku pracy z rocznikiem ‘97. Cóż, patrząc z perspektywy czasu, stwierdzić należy że byliśmy wtedy chimerycznym zespołem, który potrafił przegrać na własnym parkiecie z osłabioną drużyną Truso Elbląg, by później walczyć i nadrabiać straty z faworyzowaną - nie tylko na Pomorzu - drużyną z Sopotu.

 

Mecz wyjazdowy, który graliśmy w pierwszej rundzie finału A z niepokonanym dotąd Treflem był naszą ostatnią szansą na powrót do gry o awans do mistrzostw Polski. Szukałem sposobów na zwiększenie naszych szans. Zdecydowałem się na coś, czego nigdy wcześniej nie robiłem w takim wymiarze, a mianowicie na zastosowanie obrony strefowej przez cały czas trwania meczu.

Nie było to zgodne z moją filozofią, ale na etapie kategorii U18 gra się już o zwycięstwa. W tym naszym szczególnym przypadku zwycięstwa tego potrzebowaliśmy jak tlenu, a żeby szukać wygranej z tak silnym zespołem, trzeba go czymś zaskoczyć. Ja postawiłem na ustawienie obrony strefowej 2-3. Ćwiczyliśmy ją wcześniej, stosowaliśmy też w pewnych krótkich fragmentach innych meczów. Początkowo, pomysł nie przynosił jednak żadnego skutku, gdyż zawodnicy Trefla skutecznie rozbijali naszą defensywę celnymi rzutami z dystansu. Wiedzieliśmy jednak, że te nie będą trafiały one do celu przez cały mecz. Tak też się stało, a nasza konsekwencja pozwoliła nam na powolne i trudne, ale jednak przechylanie szali na naszą korzyść. Skuteczna obrona spowodowała, że łatwiej grało nam się w ataku. Wszyscy złapali odpowiedni rytm.

 

Cały zespół zapracował na to zwycięstwo, ale chyba najbardziej zapracował na nie chory tego dnia (od rana zbijający wraz z rodzicami gorączkę, o czym dowiedziałem się po meczu), Mikołaj Speichert. Znany z bardzo dobrej defensywy gracza na piłce Mikołaj, w tym konkretnym meczu dał nam bardzo dużo także w ataku, zdobywając 18 punktów. Ostatecznie wygraliśmy w Sopocie 71:58! To była sensacja. Po meczu mój telefon jeszcze długo sygnalizował nowe wiadomości, a w tych kolejne gratulacje za wygraną. Często od osób interesujących się koszykówką młodzieżową, ale z którymi wcześniej nie miałem żadnego kontaktu poza czytaniem ich wpisów na twitterze. To było bardzo miłe i niewątpliwie dodało nam wiary.

 

W rundzie rewanżowej ulegliśmy niestety minimalnie w dwóch kolejnych meczach naszym rywalom (Asseco Gdynia i SKS Starogard Gdański) i o naszym być albo nie być (awansie do rozgrywek krajowych) ponownie miał zdecydować mecz z Treflem. Rewanżowe spotkanie zostało przełożone na prośbę trenera gości, który chciał dysponować pełnym składem swojego zespołu i udowodnić, że porażka w pierwszym meczu była wypadkiem przy pracy. My także chcieliśmy rywalizować z najmocniejszym zestawieniem Trefla i ponownie walczyć o wygraną.

 

Moi zawodnicy wiedzieli o co grają. Wiedzieli też, że Sopocian można pokonać. Takiego poziomu pozytywnej energii jaka panowała wtedy w szatni przed meczem nie doznałem chyba nigdy wcześniej. Chłopcy chcieli żeby mecz już się zaczął. Motywowali się nawzajem. Było głośno. Byliśmy gotowi.

 

Ja sam długo zastanawiałem się jednak jak zagrać w tym meczu. Zakładałem, że trener Trefla przygotuje coś specjalnego na naszą obroną strefową, ale też z drugiej strony zakładałem, że będzie liczył że nie powtórzymy tego systemu obrony, a już na pewno nie przez 40 minut meczu. Ostatecznie zagraliśmy va banque i atak naszych gości ponownie spotkał się z naszym ustawieniem 2-3. Na naszą obronę Sopocianie mieli przygotowany nowy ruch w ataku, który jednak nasi zawodnicy świetnie przeczytali, co dało nam kilka ważnych przechwytów i łatwych punktów z kontrataku.

 

Mecz był niezwykle zacięty. My graliśmy ‘o życie’, a żółto-czarni o honor i chęć zmazania plamy z meczu rozgrywanego w Sopocie. Jeszcze na 2 minuty przed końcem spotkania nikt nie zaryzykowałby postawić na to, kto ostatecznie zejdzie z parkietu jako zwycięzca. Udało się to naszej drużynie. Zagraliśmy fantastyczny mecz.

 

W ataku szalał Karol Kamiński (łącznie 40 punktów) oraz Paweł Lazer (17 punktów i trzy celne rzuty za 3 punkty, w tym dwa w sekundach kończących poszczególne kwarty). W obronie cały zespół dwoił się i troił by wybić Sopocian z rytmu, co udawało się świetnie i dało nam ostatecznie drugie zwycięstwo w sezonie nad zdecydowanym faworytem. Pokazaliśmy na swoim przykładzie piękno sportu, w którym nikt przed meczem nie może skreślać teoretycznie słabszego zespołu.

 

Zobaczcie sami, jak wyglądało nasze starcie rewanżowe z Sopocianami: https://www.youtube.com/watch?v=0cj9kjosXzQ&t=17s

 

Radość po meczu była niesamowita, bo oto niedoceniany zespół z Gdańska dwukrotnie pokonał szósty zespół w kraju.*

 

Te dwa mecze były kwintesencją naszej siedmioletniej współpracy z rocznikiem ‘97. Wiele razem przeszliśmy, ale zawsze robiliśmy wszystko co mogliśmy by się rozwijać i stawać lepszym zespołem. Mecze z Sopocianami pokazały nam wszystkim, że wykonaliśmy dobrą pracę, a ta pozwoliła nam na skuteczną rywalizację z najlepszymi. W koszykówce (szczególnie młodzieżowej) nie da się wygrać przypadkiem, ale ktokolwiek twierdził tak po pierwszym meczu naszych zespołów, po rewanżu musiał się już z nami liczyć i potwierdzić nasze możliwości.

 

Wcześniej zdobywane medale były przyjemnymi chwilami, ale nie równały się z poziomem radości i świadomości z realizowanego krok po kroku celu, jaki czuliśmy wszyscy po meczach z młodymi koszykarzami Trefla.

 

---

 

* Jak się później okazało, Sopocianie sprawili nam psikusa w ostatniej kolejce ligowej, jadąc na mecz do Kwidzyna w zaledwie 8-osobowym składzie, okrojonym o czterech najlepszych zawodników zespołu i ulegając gospodarzom różnicą zaledwie sześciu punktów, co ostatecznie pozbawiło nas szansy na rywalizację w rozgrywkach centralnych. Cóż, my pewnie też wolelibyśmy unikać ewentualnego starcia w późniejszej fazie ze swoimi pogromcami, ale ten sposób wydawał się nam bardzo nie fair. Za brak awansu możemy winić jednak wyłącznie samych siebie. Jedno zwycięstwo więcej w sezonie dałoby nam upragnioną promocję.

Z drugiej strony, być może wygrywając mecz więcej wcześniej, nie wygralibyśmy stojąc pod ścianą z Sopocianami i te dwa mecze nie byłyby wspominane?

 

 

Dawid Roguski

Please reload

Copyright by MLG 2012. All rights reserved