Ekwiwalent za wyszkolenie zawodnika.

November 15, 2018

 

Większość rodziców zapewne nie wie (prawdopodobnie większość nie czyta nawet dokumentów, które podpisuje - sam mam podobnie z umowami choćby od firm świadczących usługi telekomunikacyjne), że deklarując przynależność klubową i składając dokumenty do wyrobienia licencji zawodnika dla swojego dziecka reprezentującego barwy danego klubu sprawiają, że ich pociecha oficjalnie staje się wychowankiem tegoż klubu. To naturalne, jednak trzeba pamiętać, że wiążą się z tym pewne przywileje, ale i obowiązki oraz (niekiedy) konsekwencje.

 

Na początku wszystko wygląda świetnie. Dziecko się rozwija, gra mecze, dorasta i w pewnym momencie dochodzi do sytuacji, w której chce zmienić barwy klubowe (na razie bez względu na przyczyny). W takiej sytuacji, regulamin Polskiego Związku Koszykówki wdraża procedurę wydania tzw. listu czystości, za którego wydanie klub, którego zawodnik jest wychowankiem może żądać opłaty tytułem tzw. ekwiwalentu za wyszkolenie.

Oczywiście przepis mówi, że ekwiwalentu takiego wyłącznie można (nie trzeba) żądać. Są jednak kluby (nie wiem czy nie zdecydowana większość) bardzo chętnie z tych zapisów korzystających. I to bez względu na ocenę sytuacji. Oczywiście, w idealnym świecie klub który chce zawodnika pozyskać powinien takową opłatę wnieść i temat byłby zamknięty. Niestety, w naszym kraju w zdecydowanej większości opłata ta spada na rodziców zawodnika. I tutaj zaczynają się schody.

 

Rodzic: Płaciłem przez te wszystkie lata treningów miesięczne składki. W zamian klub świadczył usługę w postaci szkolenia sportowego. Za co więc dodatkowa opłata stanowiąca ekwiwalent za wyszkolenie?

 

Klub oddający: Przez lata szkoliliśmy zawodnika. Składki pokrywały tylko część wydatków związanych z codziennym działaniem klubu. Nikt nie liczył choćby dodatkowych godzin spędzonych z zawodnikiem na sali, a teraz z owoców naszej pracy ma korzystać inny klub.

 

Teoretycznie każda ze stron ma rację, prawda?

 

Jako klub nigdy jeszcze nie żądaliśmy za żadnego zawodnika opłaty tytułem ekwiwalentu za wyszkolenie. Wychodzimy z założenia, że bez względu na powody odejścia zawsze stawiamy sobie najwyżej dobro dziecka i umożliwienie mu dalszego trenowania. Nie wszystkim w końcu muszą odpowiadać nasze standardy pracy, czy nasze wymagania wobec dzieci. Oczywiście, o każdym przypadku decydujemy indywidualnie, ale na tą porę nasze stanowisko było jednakowe: Wydajemy list czystości bez opłat. Życie pisze różne scenariusze i nie wykluczamy sytuacji, w której postąpimy inaczej, chociaż musiałaby ona być naprawdę bardzo specyficzna by zmienić naszą filozofię.

 

Sama idea opłaty tytułem ekwiwalentu za wyszkolenie miała (chyba) za zadanie ‘chronić’ małe kluby przed przejmowaniem od nich najbardziej utalentowanych zawodników przez kluby duże. Tyle tylko, że w mojej ocenie zapis taki musiał zostać wniesiony tylko i wyłącznie przez naszą polską mentalność. U nas w wielu przypadkach te duże kluby nie próbują z małymi klubami rozmawiać, wspierać ich, zawierać umów (uczciwych dla obu stron), na mocy których w momencie osiągnięcia określonego wieku taki utalentowany zawodnik naturalnie zmieniłby barwy na te ich. U nas chce się go często pozyskać jak najszybciej, najlepiej za darmo (niech płacą rodzice) i bez rozpatrywania co na tym etapie jest dla niego najlepsze.

Ta sytuacja ma też oczywiście drugą stronę medalu. Kluby, których wychowankami są zawodnicy także często nie patrzą na ich dobro i kierując się własnym (np. lepszym wynikiem sportowym) trzymają takiego zawodnika na siłę, nie znajdując mu najlepszej ścieżki na jaką ten mógłby liczyć. Tworzenie sztucznie zespołów do ich kategorii rozgrywkowych, aby tylko nie trzeba było oddać zawodnika nieodpłatnie, mimo że otaczają go zawodnicy o trzy, a nieraz więcej lat młodsi zakrawa już na kuriozum, ale tak to właśnie często wygląda.

Ja obie te sytuacje nazywam wprost: Patologią, a ta występuje w naszym środowisku dość powszechnie.

 

I tutaj trzeba byłoby się zastanowić jak taką sytuację rozwiązać.

 

W obecnie obowiązujących przepisach nikt nie rozgranicza sytuacji, w której dochodzi do zmiany barw klubowych i każdą sytuację traktuje się tak naprawdę jednakowo. W przypadku odwołań od żądanej kwoty do okręgowych związków lub PZKosz (w przypadku transferów między województwami) kwoty ustanowione są przez te organy jako organy nadrzędne, ale też chyba nie zdarza się by opłata była zniesiona całkowicie. Jest ona ewentualnie obniżana. Czasami, przy absurdalnych żądaniach klubów oddających, nawet kilkakrotnie.

 

Na całym świecie jest tak, że talenty z małych klubów trafiają do tych dużych. I to się (na szczęście) nie zmieni. Ważne, by działo się to w odpowiednim momencie i na zdrowych zasadach.

 

Wszystko się zmienia. Koszykówka i cały sport się rozwija. Coraz młodsi zawodnicy zaczynają trenować, coraz młodsi też zmieniają barwy klubowe. My jako klub postanowiliśmy, że nie będziemy na siłę tworzyć zespołów w kategorii kadeta, bo wiemy ile na tym etapie powinien trenować zawodnik i jednocześnie wiemy też, że nie jesteśmy mu tego w stanie zapewnić. Jeszcze parę lat temu było inaczej, ale też szukaliśmy wsparcia i współpracy z większymi klubami zapewniając dodatkowe mecz i treningi najlepszym naszym graczom.

 

Dlatego też, w minionym roku podjęliśmy jako klub decyzję, że szkolimy do kategorii U15 włącznie, czyli do czasu zakończenia szkoły podstawowej (do tego czasu jesteśmy w stanie zapewnić warunki treningowe adekwatne do potrzeb na tym etapie szkolenia), a później rodzicom i zawodnikom przedstawiamy oferty czterech innych (większych) klubów z naszego najbliższego otoczenia, przygotowane przy współpracy z tymi klubami, a zawierające szczegółowe informacje począwszy od trenerów koordynatorów i trenerów poszczególnych zespołów, przez ilość treningów w tygodniu, rozgrywek w jakich klub występuje aż po wychowanków tych klubów, ich sukcesy indywidualne i zespołowe, a także możliwości łączenia treningu z edukacją.

 

Zawodnik z rodzicami podejmuje więc u nas świadomą decyzję co wybiera (oczywiście dany klub musi chcieć tego zawodnika przyjąć). Oferta jest zróżnicowana i coś dla siebie znajdzie zarówno zawodnik mający za priorytet wyznaczoną dalszą edukację i oczekujący treningów blisko miejsca, w którym robił to dotąd, jak i ten który ewidentnie chce postawić na rozwój sportowy i szuka mocnego ośrodka sportowego. Oczywiście my służymy swoją wiedzą i doświadczeniem, a w sytuacji gdy rodzic tego od nas oczekuje, zawsze pomagać będziemy w podjęciu ostatecznej decyzji. Ze swojej strony gwarantujemy także wydanie nieodpłatnie listu czystości gwarantującego możliwość kontynuowania przygody z koszykówką. Rodzic z dzieckiem wybrali inny klub niż ten z naszej listy? Nie jest to żaden problem. List czystości również zostanie wydany nieodpłatnie, a my będziemy kibicować by nasz zawodnik jak najlepiej się rozwijał i odnosił jak największe sukcesy.

 

Takie rozwiązanie gwarantuje, że zależy nam na tym by zawodnicy mogli się rozwijać, a wszyscy rozpoczynający treningi w naszym klubie (chociaż wtedy nie myślą jeszcze o tym co będzie za kilka lat) mają jasno określoną drogę rozwoju. Wydaje nam się, że to uczciwe.

 

To jednak nasze rozwiązanie przy obecnie obowiązujących przepisach, na słuch o którym nie jeden już się pukał w głowę i nie wierzył, że dobrowolnie rezygnujemy z możliwości otrzymania ekwiwalentu.

 

Zawsze wtedy powtarzam, że dla nas ekwiwalentem będzie sam fakt, że zawodnik trenujący w naszym klubie trafi kiedyś na parkiety I ligi, Energa Basket Ligi, a może nawet wyżej. I nie omieszkamy się tym pochwalić :)

 

Jak zatem uleczyć system rozwoju zawodników i pozbyć się ekwiwalentów niejednokrotnie blokujących dalszą grę w koszykówkę dzieciom i młodzieży?

 

To na pewno złożona sprawa, ale słyszałem o dwóch ciekawych propozycjach, które jak mi się wydaje oczyściłyby sytuację i sprawiły że dzieci i młodzież nie byłyby ‘niewolnikami’ we własnych klubach, a rodzice nie musieliby zmiany barw klubowych rozpatrywać w kategorii płać albo płacz.

 

Tak więc znosimy ekwiwalenty w rozgrywkach dzieci i młodzieży. Co dalej?

 

Pierwsze rozwiązanie to system bodaj litewski, o którym opowiadał mi jeden z naszych trójmiejskich trenerów. Zawodnik X szkoli się przez pierwsze cztery lata w klubie A. Po tym czasie odchodzi do klubu B (lepszego i większego), gdzie spędza kolejne 4 lata. Rozwija się dalej, a następnie trafia do klubu na poziomie ekstraklasy podpisując swój pierwszy zawodowy kontrakt. Z pierwszego roku tego kontraktu 30% wynagrodzenia odprowadzane jest i dzielone pomiędzy jego trenerów w latach minionych (proporcjonalnie do lat pracy). W drugim roku jest to 20%, a w trzecim 10%. W ten sposób zawodnik 'spłaca' swoje wyszkolenie swoim trenerom, którzy brali w nim udział.

Ci sami trenerzy widząc talent u siebie w klubie nie będą trzymały go na siłę nie mogąc zapewnić odpowiedniego rozwoju. Zależeć im będzie na jak najlepszym wyszkoleniu zawodnika, bo będą mieli z tego tytułu profity jeśli zawodnik będzie grał w koszykówkę zawodowo, a więc sami będą szukali rozwiązań by zapewnić zawodnikowi optymalne warunki.

 

Innym rozwiązaniem, o którym mówi się od jakiegoś czasu jest sytuacja w której po zniesieniu ekwiwalentów, do klubu którego zawodnik X jest wychowankiem spływały będą określone pieniądze z klubów EBL, I lub II ligi za każdy sezon, w którym zawodnik ten grać będzie w ich barwach.

 

Proste i przejrzyste. Wyszkol i wtedy zbieraj profity, a nie jak dzisiaj za nauczenie dziecka przez trzy lata zaledwie prawego dwutaktu możesz żądać ekwiwalentu za ‘wyszkolenie’.

 

To są na pewno możliwości, które mogą próbować uleczyć w mojej ocenie całe zło wynikające ze sztucznych opłat i wszystkich sporów z możliwości ich pobierania wynikających.

 

Jedna z osób mocno zaangażowana w działalność na rzecz PZKosz, podzielając mój tok myślenia ciekawie zauważyła, że jest to (ekwiwalent) wymysł niespotykany w innych dziedzinach życia podając tutaj za przykład swoje dziecko chodzące na prywatne lekcje gry na fortepianie. Po zmianie nauczyciela, ten pierwszy nie żądał ekwiwalentu za wyszkolenie dziecka, pomimo że do nowego nauczyciela szło ono już z pewnymi umiejętnościami. Za ich nabycie rodzice wnosili bieżące opłaty. To wszystko. Nie sposób się z tym nie zgodzić.

 

Mam świadomość, że pisząc to co piszę z poziomu osoby zarządzającej klubem szkolącym dzieci i młodzież, dla niektórych jest niezrozumiałe. Tylko, że ja chyba nie robię nic nielogicznego. W mojej ocenie nie warto dzisiaj młodemu człowiekowi blokować rozwoju, czy zwykłej zabawy z koszykówką żądając pieniędzy za jego wyszkolenie, bo nie wiemy czy to dziecko będzie kiedyś grało w koszykówkę zawodowo. Po co utrudniać, szarpać się i tracić w oczach tego dziecka i jego rodziców?

Oczywiście, zdarzają się także sytuacje roszczeniowości rodziców oraz ich przekonania, że ich dziecko jest już za dobrym zawodnikiem na ‘marnowanie’ się w klubie w którym zaczynał i jest obecnie. Często nie zważając na etap sezonu, w jakim się znajduje zespół oraz konsekwencje jakie za tym idą dla pozostałych członków drużyny. I tutaj na pewno trzeba się zastanowić nad rozwiązaniami, ale z drugiej strony przecież niczego nie zrobi się na siłę i jeśli ktoś bez zahamowań decyduje się na taki krok (a są takie sytuacje) raz, to zrobi pewnie i drugi, a cierpiał będzie na tym zespół. Zawsze powtarzam, że życie nie lubi próżni. Ktoś odchodzi? Ok, na jego miejsce na pewno wejdzie ktoś inny.

 

Mówimy tyle o powszechności dyscypliny, a często dla niewielkich pieniędzy dla klubu jesteśmy w stanie nawet zablokować możliwość grania takiemu zawodnikowi, bo rodziców nie stać na zapłacenie ekwiwalentu, a kluby pozyskujące bardzo rzadko decydują się finansować przenosiny wydając własne klubowe pieniądze, choć są tutaj wyjątki.

 

W ostatnim czasie naocznie miałem okazję się przekonać jak działają i myślą kluby oddające. Sytuacja życiowa zmusiła rodziców chłopca trenującego w klubie X do przeniesienia się do innego miasta, zmiany pracy, a w konsekwencji samego zawodnika do zmiany szkoły, pozostawienia wszystkich znajomych. Jednym słowem, świat dla takiego młodego człowieka stanął na głowie, a swoje 3 grosze w takiej sytuacji postanowił dołożyć klub, który paradoksalnie zaszczepił u tego dziecka miłość do koszykówki, żądając za jego wyszkolenie ekwiwalentu, kwitując dodatkowo na koniec że wszyscy powinni się cieszyć że ‘tylko’ w kwocie stanowiącej 25% tego co mógł żądać zgodnie z przepisami.

 

Nigdy nie zrozumiem takiego podejścia do sprawy, ale też jestem przekonany że osoby żądające dzisiaj takich opłat diametralnie zmieniłyby swoje spojrzenie na tą sytuację, gdyby to ich dziecko znalazło się w podobnym położeniu. Pieniądze udało się zorganizować, chłopak gra już w nowym dla siebie mieście, w nowym dla siebie klubie, który nigdy nie dążył do wyników za wszelką cenę, ale czy o to w tym wszystkim chodzi?

 

Myślę więc, że może warto unormować te kwestie przepisami, by życie klubów i zawodników z rodzicami nie toczyło się wokół ekwiwalentu za wyszkolenie, a w obecnej sytuacji pozostaje chyba tylko zadać pytanie, co dokładnie znaczy według wprowadzających przepisy o ekwiwalencie stwierdzenie ‘wyszkolenie zawodnika’.

 

Dawid Roguski

 

Please reload

Copyright by MLG 2012. All rights reserved